Początek z Bractwem

Moja przygoda z Bractwem rozpoczęła się w wielkim kryzysie mojego życia. Byłem w trakcie rozwodu. Ja wniosłem sprawę o rozwód. Moje życie rodzinne zaczęło mnie tak przygniatać, że nie widziałem innej drogi. Po prostu zabrakło mi już sił.

Dla naświetlenia sytuacji: mieszkałem z 3,5 letnim synem z 35 letnią żoną i teściową. Gdy złożyłem pozew poczułem ulgę. Zacząłem się znowu więcej modlić. Poszedłem do spowiedzi itd. Przypomniał mi się wtedy pewien dzień z mojego życie sprzed 15 lat, gdy też miałem bardzo ciężki czas, uznawałem się za złego człowieka. Poszedłem do kościoła 7 marca 2002 roku, jeszcze przed mszą, siadając na chórze, usłyszałem coś w głowie: „Niczym się nie przejmuj, ja cię poprowadzę, ty będziesz moim sługą”. Posłuchałem, żyłem tak, jakbym sam nie nosił wszystkich swoich ciężarów, ale nie wywyższałem się z powodu usłyszanych słów. Może byłem tylko bardziej pewny siebie, ale w momentach pychy Pan szybko sprowadzał mnie na ziemię. Wracając jednak do 2018, często modląc się miałem pretensje do Boga: 15 lat i nic się nie zmieniło, a jest nawet gorzej: rozwodzę się, a syn zostaje z niewierzącą matką.

Pewnego dnia zadzwonił do mnie kuzyn, ponieważ słyszał, że się rozwodzę. Powiedział mi o Bractwie, bardzo namawiał mnie, żebym przyjechał na Chełm konkretnego dnia, na Mszę świętą z tą wspólnotą. Mimo iż gorliwie przekonywałem go, że to nic nie da, pojechałem. Nie wiem co się stało podczas tej Mszy świętej, ale gdy wybrzmiewało „Ojcze Nasz”, zaczęły mi drżeć dłonie. Nie choruję na Parkinsona, braków magnezu teraz ani wtedy też nie miałem. Dotychczas był to pierwszy taki objaw w moim życiu.

Gdy trafiłem do oddziału w Kolbudach, po naświetleniu swojej sytuacji, dostałem kontakt do paru osób, które mogłyby udzielić mi konkretnej pomocy. Dostałem kontakt do wspólnoty Sychar, do Matemblewa oraz do pewnego brata. Na pierwsze spotkanie umówiłem się z naszym współbratem i z nim najmniejszą pokładałem nadzieję. Ale w trakcie chyba drugiego naszego spotkania dostałem od niego linka z modlitwą o uwolnienie i uratowanie małżeństwa. Podczas powrotu do domu, jeszcze w samochodzie, puściłem ją sobie z telefonu. Powtarzałem słowa, mówione chyba przez kapłana. Zaczęła mnie boleć głowa, ale nie ustawałem. Postanowiłem odmawiać ją regularnie, razem z nowenną do Krwi Jezusa. Bywały dni, które spędzałem ze słuchawkami na uszach i przy modlitwie. Przyszedł Wielki Post, postanowiłem odstawić alkohol. Po jakimś czasie zaczęło mnie smucić to, że palę. Przestałem i jak na razie mi się to udaje, a jest już 07.07.2018. Wycofałem też sprawą o rozwód, mimo iż to ja go wniosłem, kiedy żona odmówiła próby podjęcia terapii małżeńskiej. Wiedziałem, że żona też go chciała, ale postanowiłem walczyć. Gdy nadeszło Zmartwychwstanie, mieszkaliśmy znowu razem i spędzaliśmy Święta. Pasowałoby napisać tutaj „Amen” ale nie można, bo moja walka o rodzinę i o moje małżeństwo się nie skończyła. Trwa nadal. Moja żona jest niewierząca. Teściowa wierzy „inaczej”, kościoła nienawidzi. Syn modli się ze mną potajemnie.

Także Bracia, modlitwy waszej jeszcze dużo potrzebuję. Już raz pomogła, gdy o nią was poprosiłem, gdy z piekła był wielki, ale i spodziewany przeze mnie atak. Nadmienić mogę również to, że gdy zacząłem wątpić w ważność przysięgi małżeńskiej ze strony mojej żony oraz gdy zaczęło mnie zastanawiać to, co wyczuwam u mojej teściowej, pojechałem porozmawiać z moim starym proboszczem. Chciałem porozmawiać po Mszy świętej, na którą poszedłem najpierw. Okazało się, że podczas Eucharystii miało miejsce odnowienie ślubów małżeńskich… Przypadek? Nie sądzę.

Trochę by można jeszcze napisać o tym, co się działo, czy dzieje ze mną za sprawą Boga, po moim wstąpieniu do Bractwa. Z pewnością był to przełomowy moment w moim życiu. Reasumując i nie przedłużając: pozwólmy Duchowi Świętemu kiełkować w nas. I proszę was bracia o modlitwę, chociaż kilku sylabową, bo bardzo jej potrzebuje.

Patryk


© 2019 Bractwo św. Pawła. Wszystkie prawa zastrzeżone. Realizacja Mega Group