Gdańska Szkoła pod Żaglami: Przygoda życia, czyli morskie opowieści młodego majtka

Kiedy sięgam pamięcią do tamtego momentu, na myśl przychodzą mi dobre i złe (wbrew pozorom) emocje. Nazywając to przygodą mojego życia lub też jego kamieniem milowym, powinno mi się to kojarzyć z czymś pozytywnym. Zanim jednak przejdę do opowieści o ogromie pozytywnych doświadczeń zebranych podczas wyprawy, jaką był trzytygodniowy rejs żaglowcem STS Generał Zaruski w 2016 roku, chcę opowiedzieć o emocjach i jednym konkretnym dniu, który zapoczątkował moją (można by to tak nazwać) wewnętrzną przemianę, nie tylko psychiczną, ale i duchową. Zacznę od dnia poprzedzającego rejs, który nasycony był dużą ilością negatywnych emocji związanych z tym rejsem. Przeplatały się strach, niepewność, a w pewnym momencie nawet łzy. Szedłem w nieznane, nie wiedziałem, co mnie czeka, ale patrząc z perspektywy czasu, mogę śmiało stwierdzić, że była to najlepsza decyzja w moim krótkim życiu. Przełamałem swoje wewnętrzne obawy i bariery.

Jednym z rezultatów tego, że się nie poddałem, było zrozumienie osoby, która w dzieciństwie odgrywała bardzo ważną rolę w moim życiu. Choć nie spędzałem z nią zbyt dużo czasu, to dzięki niemu nauczyłem się heblować, puszczać latawiec czy wbijać gwoździe. Mój dziadek, żeglarz, gość niezwykle utalentowany, choć z dzieciństwa pamiętam go jako osobę surową i stanowczą.  Po tym rejsie zrozumiałem, że to nie było spowodowane jego naturą, lecz zahartowanym przez setki tysięcy mil charakterem. Po moim powrocie znaleźliśmy kolejną nić porozumienia – morze i łajba.

Dziadek był wzruszony i bardzo ze mnie dumny. Wiedział, ile mnie kosztowało przełamanie obaw i lęków. Znał moje wcześniejsze przeżycia i trudne doświadczenia. Postanowił upamiętnić mój rejs. Zrobiliśmy razem model statku, to znaczy dziadek robił, a ja… dokumentowałem postęp prac, pomagałem załatwić niezbędne materiały czy płótna na żagle przez Internet oraz wspierałem go dobrym słowem i szklanką wody w jego własnym mieszkaniu. W każdym razie, czułem, że ten model statku to jest właśnie coś, co spaja naszą więź. Taki metaforyczny most między nami.

Wracając do rejsu. Pamiętam moment, w którym odbiliśmy od kei. Z jednej strony poczułem wielką swobodę, z drugiej zaś znowu powróciły wszystkie lęki. W końcu nie znałem tam w zasadzie nikogo, tylko dziewczynę, którą poznałem na jednodniowym rejsie tym samym statkiem (pozdrawiam Cię, Moniu!). To był moment, w którym ja, niegdyś nieśmiała i boksująca się z różnymi problemami osoba, uświadomiłem sobie, że wyruszam w nieznane i już nie ma odwrotu.

Dziś mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć wszystkim, którzy boją się „wypłynąć na szerokie wody”: podejmujcie decyzje, których się boicie! Zobaczycie, jak was to pozytywnie zaskoczy i zmieni (na lepsze)!

Pierwsze dni, wieczory i noce były jak chrzest bojowy w wojsku. Ja, z ciężkim bagażem moich doświadczeń, i 26 nieznajomych osób. No po prostu żyć, nie umierać. Dodatkowo pojawiające się z tyłu głowy myśli o wystąpieniu przed całą załogą, które każdy musiał przejść. Jednak wraz z upływem czasu spędzonego w jednej mesie załogowej, w której wszyscy jedzą i śpią jeden pod drugim (w zbyt małych kojach), pod wpływem wielogodzinnych rozmów przy zachodach i wschodach słońca, grach i wspólnym gotowaniu, człowiek zaczynał się przyzwyczajać i wdrażać w ten żeglarski klimat.

Nigdy nie zapomnę widoku wschodzącego i zachodzącego słońca wyłaniającego się na horyzoncie i chowającego się gdzieś hen daleko w bezkresie morza, pod taflą wody. Jest to widok, który wart był wstawania o 4.00 na poranną wachtę. Zarwane noce przez planszówki, rozmowy do świtu i tańce na pokładzie, to były te momenty w życiu, podczas których człowiek nie zastanawiał się, ile będzie spał. Czerpało się z życia. To była najważniejsza lekcja, jaką odpracowałem podczas rejsu. Czerpałem z życia. Wyciskałem z niego, ile się tylko da. Nie przejmowałem się zdaniem innych, tym, co sobie kto o mnie pomyśli. To wszystko było możliwe dzięki zrozumieniu i daniu szansy sobie, ale także innym, bo to właśnie dzięki ludziom, których poznałem podczas tej wyprawy, odbudowałem poczucie własnej wartości. Trudno mi zebrać i opisać wszystkie emocje i zebrane doświadczenia, które przychodzą mi do głowy na samą myśl o tamtym okresie... Było ich bardzo wiele.

Jednak nie zawsze było kolorowo, chociaż te momenty także wspominam ze szczerym uśmiechem na twarzy. Bardzo często zdarzało się tak, że po czterogodzinnej wachcie wieczornej, przy sztormowej pogodzie, schodziliśmy wykończeni, przemoknięci do suchej nitki dzięki smagającym statek pięciometrowym falom, do swojej mesy załogowej. Kładliśmy się do koi, mijając współmajtków, którzy nas zastępowali i po 20 minutach snu ktoś nas budził z hasłem: „Robimy zwrot!”. Niestety, do tego manewru trzeba było zrywać na nogi cały statek. Nieważne czy spałeś 5 minut i za 2 godziny rozpoczynałeś swoją wachtę, czy dopiero co z niej zszedłeś. Musiałeś się zebrać włożyć na siebie te wszystkie przemoczone rzeczy, które nie miały fizycznej możliwości przeschnąć nawet w tak gorącym miejscu jak maszynownia. Wszystkie ręce na pokład! To także bardzo nas wszystkich ze sobą scalało, bo na statku nie istnieje pojęcie jednostki. Siłę całej załogi zawsze determinuje najsłabszy.

To tylko jedna z tych bardziej emocjonujących przygód. Było ich jednak znacznie więcej. Po drodze przytrafił nam się problem z kotwicą, która się zaklinowała – trzeba było odwinąć i zwinąć cały jej łańcuch. Do tego mogę dodać wszystkie mniej lub bardziej burzliwe dni, sztormy i wiele innych trudnych sytuacji, z którymi trzeba było sobie poradzić. To kolejna rzecz, której nauczyło mnie morze: nie ma sytuacji bez wyjścia.

Myślę, że często przydarza nam się znajdować w sytuacjach, które wydają się beznadziejne. Myślimy, czy się nie poddać, nie oddać danego problemu komuś innemu. No właśnie, Komuś innemu. W moim przypadku, gdy znajdowałem się w trudnej sytuacji (a zdarzało się tak nie raz, bo „lubię” popełniać błędy), oddawałem się modlitwie. Czasem komponowały się do niej odbijające się o dziób statku fale, a czasem towarzyszyły jej śmiechy i rozmowy załogi. To jednak właśnie On był osobą, której oddawałem każdy swój lęk, obawę czy radość. Zauważyłem, że modlitwa ma moc nie tylko, kiedy powierzamy Bogu wszystkie swoje problemy i kiedy jest nam ciężko, ale też wtedy, gdy odczuwamy radość i szczęście. (Uznałem, że to nie fair, że mówię Mu o swoich problemach i On tak tego słucha i pomaga, a jak jest imprezka i wszystko fajnie to już Jego w to nie włączam. Pewnie, On to wszystko „bierze na klatę” za nas i ja czułem, że nie borykam się z trudnymi sytuacjami sam, ale też oddawałem i dziękowałem Mu również za te momenty, które były wręcz przesycone radością). Modlitwa była w tamtym okresie sferą szczególnie ważną dla mnie. Na tak małej przestrzeni, na środku morza, trudno było pozyskać chwilę prywatności i spokoju. Zanurzenie się w modlitwie dawało mi strefę, która była tylko dla mnie.

Od połowy rejsu dni zaczęły mijać bardzo szybko. W ostatnim tygodniu każdy widział już na horyzoncie swój dom. Każdy czuł, że przygoda się kończy. Mieszały się uczucia radości, że wracamy do domu, i smutku wiążącego się z przywiązaniem do załogi. Rejs tym niesamowitym keczem gaflowym był jak dotknięcie historii, której dalszy ciąg pisaliśmy my. Zdałem sobie z tego sprawę podczas wpływania do portu. To był najbardziej majestatyczny i magiczny moment rejsu. Wiwaty rodzin stojących przy kei potęgowały doniosłość tego momentu. Przed nami stało jeszcze jedno ważne zadanie – dobić do brzegu z pełną klasą. W tamtej chwili, stojąc i trzymając dziobową cumę, wyobrażałem sobie powroty wszystkich żeglarzy i marynarzy, wracających do domu z wielomiesięcznych rejsów. Są to uczucia nie do opisania. Rozumiałem już, co przez całe życie przeżywał mój dziadek…

Po zejściu na ląd i pożegnaniu się z załogą, oprócz „pijanego chodu” w stronę samochodu i wrażenia, że wszystko wokół mnie płynie, odczuwałem żal, żal do morza, które tak szybko wyrzuciło nas na brzeg. Przygoda dobiegła końca, opuszczałem miejsce, na którym potwierdziły się słowa generała Mariusza Zaruskiego, który powiedział kiedyś, że „w twardym trudzie żeglarskim hartują się charaktery”.

Jestem przekonany, że takie przygody zostawiają ślad na całe życie. Nie chodzi tylko o ciało czy ducha, ale o ludzi, znajomości na całe życie. Podczas tego rejsu oprócz 26 wspaniałych osób, z którymi tworzyliśmy zgrany zespół, poznałem swoich obecnych przyjaciół. Są to osoby, z którymi utrzymuję kontakt do dzisiaj. Niezastąpieni współzałoganci! Życzę wszystkim poznania takich przyjaciół, na których można zawsze liczyć! Trudno w tym miejscu także nie wspomnieć o naszych morskich przewodnikach, szefach, nauczycielach, a na czas rejsu także matkach i ojcach w jednym, którzy kształtowali, szkolili i wspierali nas podczas całego rejsu: o kapitanie Jerzym Jaszczuku, o oficerach Piotrze Królaku, Adamie Walczukiewiczu i Michale Olszewskim, o bosmanie Mirku Bieleckim. Dziękuję im za niezapomnianą szkołę życia!

Tego rodzaju wydarzenia, jak nasz rejs, na pewno sprzyjają poznaniu wspaniałych, wartościowych ludzi. To kolejny powód, dla którego nawet nie tylko warto, ale wbrew swoim lękom trzeba porywać się na takie przygody, bo – czy ktoś wierzy, czy nie – „Góra” nad wszystkim czuwa, a Ty możesz odkryć siebie na nowo!

Z żeglarskim pozdrowieniem! Ahoj!

PS Chciałbym pozdrowić Mamęę, Tatęę, Siostręę, Panią Kazię z klatki C w Pcimiu Górnym, ta z lewego okna od ulicy, i Zbyszka Zdziwomira za inspirację do tej publikacji. Całuję i pozdrawiam wszystkich Polaków!


Darowizna dla Bractwa

Zapraszamy do wsparcia naszego Bractwa dowolną kwotą. Każda złotówka będzie przeznaczone na cele ewangelizacyjne i działania naszej formacji. Zapraszamy do ustawienia stałej subskrypji.

Sklepik Bractwa

Zapraszamy do kontatku:

Mirosław Pajdosz
koordynator sklepiku Bractwa

+48 501 031 882

 

tożsamość.net

Portal o mężczyznach i dla mężczyzn. Jego misją jest pomóc mężczyznom w ich rozwoju - by poczuli się odpowiedzialni za swoje rodziny i stali się ich prawdziwymi głowami.

Nadchodzące wydarzenia

There are no up-coming events

Posłuchaj nasz Podcast

Polecamy

Bractwo św. Pawła

Jesteśmy męską formacją działającą na terenie archidiecezji gdańskiej. Naszym głównym zadaniem jest odczytywanie na nowo powołania mężczyzny do przewodzenia i przekazywania wiary w swoich rodzinach i w swoim otoczeniu oraz aktywizacja mężczyzn we wspólnocie Kościoła.

© 2020 Bractwo św. Pawła. Wszystkie prawa zastrzeżone. Realizacja Mega Group