Świadectwo żołnierza

Temat, którym chciałbym się z wami podzielić, to przeżycia duchowe, emocjonalne i fizyczne - męskie przeżycia człowieka, który ponad pół roku spędził na służbie w Kontyngencie Sił Stabilizacyjnych w Iraku. Słowo „stabilizacyjne”, umówmy się, było faktycznie - nomen omen - umowne. No może na samym początku, po obaleniu reżimu Saddama, wojska sojusznicze były traktowane przez ludność tubylczą jako siły stabilizacyjne. Jednak w miarę upływu czasu każdy obcy mundur był postrzegany jako mundur okupanta.

Jakie przeżycia mi towarzyszyły? Hmmm… Mogę śmiało powiedzieć, że każdy dzień tam przeżyty był swoistym poligonem doświadczalnym nie tylko dla ciała, ale także, a może przede wszystkim, dla sfery ducha.

Dla mnie pobyt w takim miejscu był prawdziwym „odrodzeniem”. Najlepiej spuentował to mój ukochany tato, który po moim powrocie powiedział mi tak: ”Synu wiesz jaki byłem przeciwny, abyś tam jechał... A teraz tak samo jestem Bogu Najwyższemu wdzięczny, że tam byłeś!”.

Moja zmiana dokonała się przede wszystkim na gruncie duchowym. Ja - kiedyś zagorzały pesymista, człowiek, dla którego słowo Ojczyzna mało co znaczyło, który myślał przede wszystkim o materialnym zabezpieczeniu swojego życia, dla którego liczyła się „mamona”, a nie drugi człowiek - zmieniłem się. Tak!!! Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że zmieniłem się o 180 stopni. Nie chcę wam powiedzieć, że byłem jakimś człowiekiem „wyzutym” ze wszelkich uczuć, ale byłem po prostu inny. Większe znaczenie miały dla mnie rzeczy przyziemne niż te wartości, które teraz mi przyświecają i którymi staram się kierować w moim życiu codziennym.

O całej tej misji mógłbym dużo opowiedzieć i mam też dużo zdjęć - może kiedyś jakaś króciutka konferencja. Powiem wam, Drodzy Bracia, że Pan Bóg bardzo tam działał. Widziałem to na własne oczy.

Obcy, nie znający się na początku ludzie, którzy tworzyli tam kilkutysięczny kontyngent, wzajemnie sobie pomagali - służyli sobie pomocą dosłownie we wszystkim. I nie była to pomoc wymuszona czy rady jakieś takie „na siłę” - ot, po prostu z serca i z poczucia braterskiej, męskiej wspólnoty.

Zdarzały się też oczywiście sytuacje z pogranicza powiedzenia „jak trwoga to do Boga”, ale i one w dłuższej perspektywie bardzo zmieniały ludzi. Przykład? Proszę bardzo! Wyjechałem na misję w stopniu starszego sierżanta, ale w związku z tym, iż w Polsce miałem stopień starszego chorążego sztabowego, wykonywałem tam wiele funkcji. Jedna z nich to właśnie dowódca konwoju, który podróżował na trasie Babilon - Al-Hilla, odległość około 30-40 km w jedną stronę. I właśnie pewnego bardzo słonecznego dnia (godzina 9:00, temperatura 48 st. C. - pamiętam, jak dziś) wyjeżdżałem ze swoimi ludźmi w konwój - w trasę. Jak zawsze, przed każdym konwojem, udawałem się na krótką, kilkuminutową modlitwę do naszej polowej kaplicy. Zawsze chodziłem sam, moi żołnierze nigdy tego nie komentowali w sposób złośliwy czy szyderczy, ale widać było, że ich to - delikatnie mówiąc - bawi. Mówili: „tylko, sierżancie, i za nas jedną Zdrowaśkę!’’. Tak było do tego pamiętnego dnia...

Z bazy wyjechaliśmy, zgodnie z rozkazem dowódcy, o 10:00. Po przejechaniu mniej więcej połowy drogi, przejeżdżając przez teren bardzo mocno obrośnięty gęstymi zaroślami, znaleźliśmy się pod ostrzałem z obu stron drogi. Ostrzał był tak silny, że natychmiast nakazałem każdej załodze, każdego pojazdu zamknąć się w wozach, a ostrzał prowadzić tylko z wieżyczek strzelniczych (wozy opancerzone typu Hammer B53). Dzięki Ci, Panie Jezu, za te Hammery. Ostrzał trwał - teraz na chłodno kalkulując - niedługo, bo jakieś 5 minut, ale wydawało się to wiecznością. Sumując i skracając moją opowieść, dojechaliśmy do bazy w Al-Hilla cali i zdrowi. DZIĘKUJĘ CI, PANIE!

Powrót z bazy Al-Hilla do macierzystej bazy w Babilonie zawsze był w godzinach popołudniowych. I tak było też tym razem. W związku z sytuacją, jaka nas spotkała, oczywiście zostały podjęte stosowne kroki na drodze służbowej. Ale ja nie o tym. Mianowicie chciałbym wam powiedzieć, że przed wyjazdem i w tej bazie, jak zawsze, udawałem się do kaplicy na króciutkie spotkanie z Panem. Wychodzę z mojego pojazdu i nagle słyszę słowa jednego z kaprali: ’’Sierżancie, mogę iść z panem?’’. I zaraz dalej pozostali: „A czy ja też mogę? I ja? I ja?".

Mówię wam, Bracia, tego się nie zapomni do końca życia: tych oczu, tych postaw potężnie zbudowanych facetów - jak nieraz widzicie na amerykańskich filmach. I ci ludzie, w pokorze serca i naprawdę, uwierzcie mi, z wielką wiarą i nadzieją klęczeli razem ze mną w kaplicy, a obok nas nasze kbk AK klocki i pozostałe sprzęty. To mocne, silne wrażenie i przepotężne przeżycie.

I to właśnie była jedna z takich sytuacji, jak powiedziałem na początku, z pogranicza powiedzenia: „jak trwoga to do Boga”. Ale powiem wam jedno: od tej pory zawsze już wszyscy razem szliśmy na króciutkie spotkanie z Panem i trwało to już do końca naszej zmiany. A wyjazdów w jedną i druga stronę było grubo ponad 100. Jeden jedyny raz do nas strzelali, a sytuacja ta zmieniła nastawienie tych ludzi do wiary i do żywej obecności Jezusa. Do dzisiaj wiem o tym, że ludzie, którzy tam na początku, lekko śmiejąc się, mówili do mnie: „Sierżancie, za nas też jedną Zdrowaśkę!” - już teraz nie umieją żyć bez cotygodniowego spotkania z Panem Eucharystycznym, a paru z nich nawet i w tygodniu chodzi na Mszę Świętą.

To jeden przykład, który mnie mocno utwierdził w przekonaniu, że Bóg opiekuje się nami nawet wtedy, kiedy myślimy o NIM za mało i wtedy, kiedy nieraz stawiamy GO na drugim, a może i dalszym, miejscu w życiu. Jak to było niestety w moim przypadku...

Powiem może jeszcze króciutko o dwóch całkiem innych sytuacjach, które odmieniły mnie i moje spojrzenie na życie.

Pierwsza taka sytuacja miała miejsce, kiedy, jadąc w konwoju z Babilonu do Kuwejtu, spotykałem na drodze dzieci, w wieku gdzieś pewnie mojego synka, wówczas pięcioletniego, może trochę starsze, które, leżąc na ziemi, piły wodę z kałuży. Ogólny brak wszystkiego, podstawowych środków do życia.

Druga taka sytuacja miała miejsce wtedy, kiedy wieczorem pełniłem służbę wartowniczą na posterunku wjazdowym do bazy posterunek RENO. Pamiętam, jakby to było dziś. Nagle bardzo powoli zaczęło się do mnie zbliżać dwoje ludzi: starszy mężczyzna i młoda kobieta. Po dokładnej procedurze podejścia zaczęli ze mną rozmawiać i nastąpił wówczas kolejny „strzał” w moje sumienie. Ten mężczyzna był ojcem tej młodej kobiety. Przyprowadził ją, aby ona, w zamian za zgrzewkę wody, „umiliła” mi czas na służbie. Zamilkłem i łza stanęła mi w oku - niejedna.

I wiele innych sytuacji, które doświadczyłem, które tam przeżyłem, nie mówiąc już o śmierci kolegów z oddziału, dały mi bardzo dużo do myślenia: jak to ja, mający to wszystko, czego tam ludzie nie posiadali - co dla mnie wydawało się normą i oczywistością, a dla nich prawie cudem - jak to ja, którego syn śpi w ciepłej pościeli, ma co jeść i pić - a tam dzieci piją wodę z ulicy - jak to ja mogłem być takim egoistą, człowiekiem stawiającym przed Bogiem i przed miłością bliźniego dobra materialne! Wróciły wspomnienia...

 

Panie Boże, dziekuję Ci za ten czas wojny, przez który mnie przeprowadzieś, za ten czas, przez który mnie doświadczyłeś i dałeś mi poznać, jak bardzo mnie kochasz mimo mojej słabości, mimo mojego egoizmu, mimo mojego pesymizu. Panie Jezu, chwała Tobie na wieki. Amen.

 


tożsamość.net

Portal o mężczyznach i dla mężczyzn. Jego misją jest pomóc mężczyznom w ich rozwoju - by poczuli się odpowiedzialni za swoje rodziny i stali się ich prawdziwymi głowami.

Posłuchaj nasz Podcast

Polecamy

Bractwo św. Pawła

Jesteśmy męską formacją działającą na terenie archidiecezji gdańskiej. Naszym głównym zadaniem jest odczytywanie na nowo powołania mężczyzny do przewodzenia i przekazywania wiary w swoich rodzinach i w swoim otoczeniu oraz aktywizacja mężczyzn we wspólnocie Kościoła.

© 2018 Bractwo św. Pawła. Wszystkie prawa zastrzeżone. Realizacja Mega Group